Posty otagowane ‘bezsens w sensie

22
cze
08

cycki

Szybko mnie zastój twórczy dopadł. Ostatnio nie miałem siły ani chęci zauważać, myśleć ani pisać. Z dwóch powodów.

Pierwszy: dopadła mnie jakaś “choroba”. Ciężko mi powiedzieć co to jest, w każdym razie negatywnie wpływa na samopoczucie. Drugi: jakaś wiedźma rzuciła cichcem na mnie zły urok. I wbrew pozorom, jedno różni się od drugiego jak Kaczor od Donalda.

Zamieszczę więc coś, czego nie chciałem publikować z racji niemięsności.

Z 17.06.08:

Czasami ludzie nie wiedzą, jakie perełki mają w swoich ustach.

I nie chodzi o uzębienie rodem ze Sztuczne Szczęki 3, czyli reklam pasty Colgate.

Będzie ponownie o bohemie w gustownych dresach. Rozwój subkultur w Polsce jest naprawdę ciekawym tematem, żałośnie spłycanym przez tzw. “ekspertów”, porównujących nasze realia do USA i GB. Trendy idą u nas w zupełnie inne strony niż w państwach, które próbujemy naśladować, głównie dlatego, że to, co tam się działo w latach 70 i 80, u nas nastąpiło dopiero na przełomie XX i XXI wieku. W połączeniu z przyspieszoną asymilacją (a może kosymilacją?) w wykonaniu kultur zachodnich, doprowadziło to do gwałtownej ewolucji subkultur. I tak tacy skini przepoczwarzyli się w dresiarzy i… metalheadów. Zaskakujące, biorąc pod uwagę, jak te dwie odnogi tego samego korzenia niesamowicie się różnią oraz nie cierpią nawzajem (ale, jak chyba każdy wie, są odstępstwa od tego).

Mimo tej waśni między potomkami skinheadów, obie strony nadal są ludźmi, a co z tym idzie: cholernie podatni na hormony. Dresy może nawet trochę bardziej, ze względu na często u nich występujący brak zdystansowania i niezdolność do zapanowania nad emocjami. Dzięki tym wspaniałym, popędzającym seksualnie, związkom chemicznym w naszym organiźmie może dojść do cudownych pojednań pomiędzy dwoma stronami. Na ten przykład, krótkie opowiadanko, wspomniana wcześniej perełka.

Ulica Polna. Łodzianie niech się nie martwią, że nie kojarzą gdzie to jest, bo to zadupiasta ulica jakich wiele w tym mieście. Droga wydeptana, brak chodnika, samochody zaparkowane jakby fantazja kierowców była wspierana grzybkami, okazyjne domki jednorodzinne, psiarnia od której śmierdzi niebosko i, oczywiście, bo to odnoga Limanowskiego, bloki. Raj dla dresiarstwa. Łatwo się tu zgubić, w obskurnym monopolowym obsłużą nawet małolata, jest tu tak paskudnie że mieszkańcy pewnie boją się nocą wychodzić.

Mimo ewidentnie świetnych warunków do panoszenia się lokalnej bohemy, ci panowie nie skrzywdzą wychodzącej z psem późnym wieczorem ortodoksyjnej metalówy. Więcej, zaczepią ją, i wręcz będą sympatyczni (na ile gadający kark może być sympatyczny). Nieważne, że jej nie znają. W abstrakcyjnej i nierealnie odległej nadziei na ruchanie albo chociaż dotyk, chętnie opowiedzą tej szesnastolatce kto pił, ile pił, kto siedzi, ile siedzi oraz inne fascynujące opowieści z osiedla. Poczęstują ją piwem, szlugiem, zaszpanują trendy (choć to słowo już ponoć nie jest modne, teraz jest “ołsom”) dzwonkami na telefon. Ta ubrana w koszulkę Megadetha, obwieszona żelastwem dziewczyna może czuć się przy nich bezpieczna.

Czy to nie piękne? Ona ich nawet nie znała. Cycki jednoczą.

Ale znam też inne zakończenia opowieści o metalówce, zaczepionej późnym wieczorem przez fanów marki Adidos.

Jedna z nich skończyła się pobiciem.

Dla efektu dodam, że ta dziewczyna miała najlepsze cycki jakie w życiu widziałem.

Żyjemy w świecie kontrastów. Nigdy nie wiadomo, na kogo trafisz. Czego ci goście nawet od niej chcieli? Czy pobicie było dla nich ostatnią nadzieją na dotknięcie dziewczyny, bo żadna nie chciała się zadawać z napaleńcami o parujących majtkach? A może zazdrościli jej tych cycków? I czemu tak bardzo mam wrażenie, że chodziło o to pierwsze?

Jest niewiele rzeczy na świecie, które kompletnie wyprowadzają mnie z równowagi. Bicie kobiet jest jedną z nich.

Ludzie, do chuja pana, nieważne czy dresy, czy metale czy inne roślinki. Uleganie hormonom jest przyjemne, ale opanujcie dauna. Libido nie powie, że odchodzi i nie pierdolnie drzwiami. Kto by chciał się zadawać z takimi jak wy?

Na trzeźwo, i na poważnie?

No-life’y, wy głosu nie macie.

15
cze
08

słońce nad Łodzią

Z 14.06.08:

Szkoda, że przez tę porażkę sztuki, jaką był romantyzm, wszelki ekscentryzm i melodramatyczne zachowanie kojarzy nam się z żałosnymi frajerami, desperacko próbującymi zwrócić na siebie uwagę.

Albo po prostu z żałosnymi frajerami, jak nasz ojczysty Konrad.

Jest 4 nad ranem. Siedzę sobie pod pomnikiem Kościuszki na Placu Wolności, czekając aż słońce wzejdzie ponad budynki. Oczekując, mam na kolanach zeszyt i piszę tą notatkę. Do tego wszystkiego pykam fajkę.

Muszę wyglądać ekscentrycznie. Wnioskuję po lokalnej bohemie artystycznej w świecących dresach, którzy na mój widok powiedzieli coś do siebie (chyba “Te, pa, co kolo”) i zaczęli się kretyńsko rechotać.

Wiem, że ci goście w życiu by na to nie wpadli, ale może komuś innemu ktoś taki, jak ja skojarzyłby się ze stereotypem samotnego romantyka.

Cały problem polega na tym, że niektórym (zaryzykuję: wielu, których znam) ludziom współczesny romantyzm się naprawde źle kojarzy. Dzisiaj przedstawicielami tego nurtu są wszelkiej maści undergroundowe subkultury, którym wydaje się, że ich ubiór czy gatunek słuchanej muzyki wyróżnia ich z tłumu i czyni ich indywidualistami. Z tego miejsca rozpoczyna się popularny tok (może raczej: skrót?) myślowy: indywidualista => znaczy, że intelektualista. Uważam, że ten tok ma sens. Ale ci ludzie dużo częściej robią z siebie błaznów, niż kogokolwiek innego.

Stąd niechęć do takich zachowań, do tego krzywego romantyzmu, świadczącego dużo częściej o zacofaniu, niż o prawdziwej inteligencji.

Niestety, sprawia to, że wszelkie młodzieżowe zapędy ekscentryczno-indywidualistyczne (i-cholera-wie-jakie-mądre-słowo-jeszcze) są często z miejsca wrzucane do tej samej szuflady co ci powyżej.

Szkoda, że ja też tam jestem wrzucany, za każdym razem gdy odwalam coś takiego jak to.

Dzisiaj o północy zdecydowałem, że chcę obejrzeć wschód słońca.

Jest 4 nad ranem, zimno jak cholera, a ja wyglądam jak pieprzony dziwak albo nadgorliwy student któremu pomylił się pomnik Kościuszki z biurkiem w akademiku.

Jestem romantykiem z impulsu. Doskonale sobie zdaję sprawę, że nie znajdę poparcia. Ale mam to w dupie. Będę częściej chodził oglądać wschód, może też zachód, właśnie tutaj. Bo a nuż pewnego dnia, o tej samej godzinie, w to samo miejsce przyjdzie inny romantyk z impulsu.

I strzelimy rotfla na stojąco, bo okaże się wtedy, że bliżej nam do dup wołowych niż indywidualistów.

Tyle pierwszego wpisu. Następne powinny być mniej och-rozmyśleniowe. Więcej mięsa, WIĘCEJ KURWA MIĘSA!